Fototerapia pomocna w leczeniu łuszczycy?

Pierwsze objawy łuszczycy wystąpiły u mnie dwa lata temu. Od tego czasu jestem pod stałą obserwacją lekarzy. Mam to szczęście, że trafiłam do lekarza, któremu naprawdę zależy na zdrowiu pacjentów. To on polecił mi fototerapię, która znacznie poprawiła mój komfort życia.

Zalety fototerapii

Zanim zdecydowałam się poddać się takim zabiegom, postanowiłam o nich poczytać. Pierwsza informacja, do której dotarłam, była dla mnie najważniejszą – zabiegi są bezbolesne. Mam małą tolerancję na ból i rozwiązania, które się z nim wiążą są dla mnie ostatecznością. Kolejną sprawą jest skuteczność. Łuszczyca jest chorobą autoimmunologiczną, której (jak dotychczas) nie udaje się wyleczyć, a jedynie załagodzić objawy. Fototerapia doskonale sobie z tym radzi, choć oczywiście zabiegi trzeba powtarzać. Szacunkowo wystarczy około dwudziestu zabiegów, 5 razy w tygodniu, aby osiągnąć zamierzony efekt. Taką sesję specjaliści zalecają powtarzać dwukrotnie w ciągu roku. Całe szczęście zabiegi nie nadwyrężają budżetu domowego i nie zajmują całego dnia.

Jak działa fototerapia?

Fototerapia polega na naświetlaniu skóry promieniowaniem UVA-1, które mają wyjątkowe działanie biologiczne. Wpływają one tylko na chore tkanki, nie naruszając tych zdrowych, dzięki czemu zabiegi są całkowicie bezpieczne. Działając na układ odpornościowy, przywracając mu równowagę.

Dzięki fototerapii zwiększa się ilość kolagenazy, enzymu odpowiedzialnego za degradowanie włókien kolagenowych. Walka z łuszczycą to walka właśnie z obumarłym naskórkiem. Fototerapia jest na tyle skuteczna, że wykorzystuje się ją do leczenia niektórych stanów przednowotworowych oraz nowotworów.

Jak przebiega fototerapia?

Kolejną ogromną zaletą terapii fotodynamicznej jest fakt, że nie trzeba się do niej specjalnie przygotowywać. Po prostu w dniu zabiegu musiałam się stawić o umówionej godzinie do kliniki, którą poleciła mi siostra. Najpierw pielęgniarka posmarowała mi chore miejsca maścią światłouczulającą, po czym musiałam odczekać 60 minut. Po godzinie zaczęto mnie naświetlać specjalistyczną lampą, a trwało to jedynie 10 minut.

Uprzedzono mnie, że po zabiegu mogą pojawić się powierzchniowe rany, które goją się od tygodnia do miesiąca i po których wygojeniu się nie ma śladów lub są ledwo zauważalne. U mnie całe szczęście nie powstały takie ranki, choć byłam spokojna, bo wiedziałam, że nie są one efektem niepożądanym. Mówił mi jeszcze o tym mój lekarz, który zachęcał mnie do skorzystania z tej formy leczenia światłem. Obecnie jestem w połowie pierwszej serii zabiegów i myślę, że będę korzystać z nich regularnie.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*